Jedno spojrzenie za okno. Późna noc, rozświetlana światłem przydrożnych latarni. Jesienny wiatr poruszający gałęziami drzew, których liście powoli zmieniały barwy na złoto i brąz, czekając aż opadną, a później przykryje je biały, śnieżny puch.
Łzy płynęły jej po policzkach. Powód jak zwykle ten sam. On. Spotkany przez przypadek, na ulicy. Później kolejny raz, w kawiarni. Jedno spojrzenie znad okularów wystarczyło, żeby jej serce najpierw się zatrzymało, by po chwili zacząć bić coraz szybciej. Nie znała tego człowieka, nie wierzyła, że kiedykolwiek uda jej się z nim chociaż porozmawiać, więc każdego dnia jedynie patrzyła na niego z dala, siedząc na fotelu w rogu kawiarni. Przekonywała sama siebie, że jej to wystarczy, że nie potrzebuje nic więcej, niż tylko widzieć go, pochylonego nad książką lub zwyczajnie spoglądającego przez okno, przy którym zawsze siadał.
Nie była wstanie usiedzieć w pokoju, więc wzięła leżącą na łóżku kurtkę i wyszła z domu. Przez głowę przeleciała jej naiwna myśl, w duchu pojawiła się nadzieja i nim się obejrzała zmierzała już kierunku kawiarni. Co rano przemierzała tę trasę, znała ją praktycznie na pamięć. Czując wzmagający się wiatr, włożyła dłonie do kieszeni i przygarbiła się lekko. Kiedy po paru minutach szybkiego marszu jej oczom ukazał się znajomy szyld, uśmiechnęła się delikatnie i przyspieszyła kroku. Kładąc dłoń na klamce i naciskając ją czuła radosne podekscytowanie, zaczęła się zastanawiać, czy nie spróbować z nim porozmawiać, bo pewnie lokal będzie pusty.
Jednak otworzywszy drzwi, kawiarnia rzeczywiście była pusta. Ani jednego klienta. Nie było go. Ze świstem wypuściła powietrze z płuc i weszła do środka, mimo wszystko rozglądając się. Westchnęła ciężko i ruszyła do swojego stałego miejsca na fotelu. Usiadła, zdejmując kurtkę i kiedy kelnerka podeszła nawet nie zajrzała do karty, tylko zamówiła to, co zwykle. Wyjrzała przez okno, obserwując liście targane przez wiatr.
Nie miała pojęcia, dlaczego tak reaguje na mężczyznę, którego widziała, owszem, codziennie, przesiadując około godziny w kawiarni każdego ranka, ale nie zamieniła z nim nawet jednego słowa o rozmowie nie wspominając. Więc dlaczego tak wielkie rozczarowanie czuła nie zastawszy go tutaj? Przecież nie była pewna czy tu będzie, zwłaszcza, że większość normalnych ludzi wieczorem, a właściwie w nocy, pija kawę we własnym domu, nie w kawiarniach, zwłaszcza, że nie było to jedno z tych popularnych miejsc, do których często się chodzi.
Odgarnęła włosy za uszy, dziękując kelnerce za przyniesione latte i, jak za każdym razem, płacąc od razu. Nie przepadała za mocnym smakiem kawy, dlatego zawsze jej wybór padał właśnie na latte. Powoli wsypała cukier do szklanki i zamieszała. W myślach cały czas miała jego uśmiech, kiedy dostawał swoje zamówienie. Był uprzejmy, zwłaszcza wobec obsługi płci przeciwnej. Zaśmiała się lekko na tę myśl. Widać było, że miał powodzenie, lubił niewinnie flirtować, kiedy widział, że któraś z kelnerek jest znudzona schematycznymi obowiązkami. Pamiętała jego śmiech, głos, wszystko. Gdyby tylko mogła słyszeć go tuż obok siebie…
Wyjęła łyżeczkę ze szklanki i zaczęła oblizywać mleczną piankę. W momencie, w którym zwróciła wzrok w stronę drzwi, te otworzyły się. Łyżeczka spadła jej na kolana, zostawiając na nich ślady pianki. Co on tu robi?
Jednak nie to sprawiło, że żołądek podszedł jej do gardła. Kiedy przytrzymał drzwi, za nim weszła drobna, zielonooka blondynka. Jego uśmiech był zupełnie inny niż podczas rozmów z kelnerkami, cieplejszy, to samo jego głos, oczy…
Niech to tak nie boli, pomyślała z rozpaczą. Jednak mimo wszystko nie potrafiła oderwać wzroku. Wyraz jego twarzy mówił sam za siebie, doskonale widziała, jaką radość sprawiała mu kobieta siedząca naprzeciwko i dlatego nie potrafiła jej nienawidzić. Nie słyszała słów, jedynie ton jego głosu i lekki śmiech obojga. Zauważyła, że nie miał okularów. Przez głowę zaczęły jej przelatywać niepotrzebne i niechciane myśli. Czy zostawił je u niej? Na szafce koło łóżka? Może mieszkają razem? Ale czy wtedy chodziłby na kawę codziennie rano? Nie wiedziała. Nie wiedziała o nim nic, a jednak zakochała się. W człowieku, którego tak naprawdę nie znała, który tym bardziej nie znał jej.
Podniosła się gwałtownie, zostawiając nietkniętą kawę i szybkim krokiem wyszła z kawiarni. Nie wiedziała gdzie idzie. Nawet nie widziała drogi przed sobą, ponieważ łzy jej to uniemożliwiały. Zwariowałam, powtarzała sobie. Jestem głupia, powinnam się leczyć. Przystanęła. Była w miejskim parku. Liście szeleściły pod wpływem wiatru. Zatraciła się w dźwiękach dookoła, starając się zapomnieć. Nie potrafiła. Kiedy przymknęła oczy, znowu widziała jego. I ten uśmiech.
Bezsilnie opadła na ławkę, opierając czoło o kolana i pozwalając łzom moczyć spodnie. Gdyby miała komu o tym powiedzieć, poprosić o pomoc. Ale nie miała. Była całkiem sama. Owszem, miała znajomych w pracy, czy na zajęciach, ale nikogo, kto by chociaż starał się zrozumieć.
Dłuższy czas siedziała w tej pozycji, nie ruszając się, nie ocierając łez. W końcu podniosła się i spojrzała na niebo. Przez latarnię obok nie widziała gwiazd dokładnie, ale mimo wszystko usilnie wpatrywała się w niebo. Powoli uspokajała się i w końcu otarła łzy. Dotyk chłodnej skóry przyniósł ulgę zmęczonym od płaczu powiekom, a zimny, jesienny wiatr oczyścił nieco myśli.
- Ach – westchnęła – głupia jestem i tyle.
- Można spytać dlaczego?
Prawie udławiła się własną śliną. Podniosła głowę, mając wrażenie, że się przesłyszała, ale nie. To był on. Stał naprzeciw niej, jakby to nie było nic nadzwyczajnego, jakby naturalną rzeczą było, że podchodzi do niej siedzącej na ławce. W świetle latarni jeszcze wyraźniej widać było delikatne rysy jego twarzy, chociaż oczy skryte były w cieniu. Kiedy nadal nie odpowiedziała usiadł na ławce obok niej i wtedy mogła dokładniej przyjrzeć się jego twarzy. Poczuła się, jakby ktoś ją uderzył. Z miłego, wesołego wyrazu nie zostało praktycznie nic. Smutny wzrok, utkwiony w krawężniku naprzeciwko, dłonie złożone na kolanach. Jeśli prawdą jest stwierdzenie, że oczy są zwierciadłem duszy, to jego serce zostało wyrwane z piersi i roztrzaskane na tysiące kawałków.
- Coś się stało? – spytała cicho. Podskoczyła lekko, kiedy podniósł głowę i opierając się, spojrzał w niebo z ciężkim westchnieniem. Obserwowała go uważnie, czekając na odpowiedź. Serce waliło jej jak oszalałe i gdyby wszystkich myśli nie skupiła na nim, nie byłaby w stanie ich pozbierać. Wolałaby zacząć ich rozmowę od zwykłych tematów, a nie wtrącania się w jego życie, którego częścią przecież nie była. Kiedy otwierała usta, żeby ponownie zadać pytanie, usłyszała jego cichy głos:
- Wierzysz w przeznaczenie?
- Słucham? – wyrwało jej się. Nie tego się spodziewała. Prędzej czegoś w rodzaju: Odczep się, nie twoja sprawa, czy najzwyczajniej: Spadaj. Ale nie pytania, jakby naprawdę chciał poznać jej odpowiedź, zdanie. Westchnęła i odpowiedziała, usilnie starając się, żeby jej głos nie drżał: - Chciałabym wierzyć, że wszystko ma swoją przyczynę. I tyle.
- Rozumiem. – Patrzył na nią przez chwilę, po czym ponownie zwrócił wzrok ku niebu. Zamilkł znowu, ale tym razem nie myślała o przerwaniu ciszy zakłócanej jedynie szumem wiatru. Mężczyzna w skupieniu obserwował gwiazdy, jakby chciał z nich coś wyczytać, jakby znały odpowiedź na każde zadane pytanie. Albo mogły spełniać życzenia. – Nie lubię wstawać rano – zaczął ni stąd ni zowąd – ale moja narzeczona…była narzeczona – poprawił się ze smutnym uśmiechem – nie mogła się obyć bez porannej kawy, więc budziła też mnie. Początkowo mi to nie przeszkadzało, ale z czasem zaczęło irytować. Nie lubię wstawać wcześnie, a kiedy już muszę, nienawidzę bezsensownej paplaniny nad uchem. Dlatego co rano przychodziłem do kawiarni niedaleko, żeby mieć trochę spokoju. – Kolejne westchnienie pełne rezygnacji. Zwrócił się do niej z cieplejszym już uśmiechem, przez co jej serce opuściło jedno uderzenie, by, jak za każdym jego spojrzeniem, po chwili ponownie zacząć bić w przyspieszonym rytmie. – Też tam przychodziłaś, prawda? Po pewnym czasie zauważyłem, że jesteś tam codziennie. – Kiedy kiwnęła głową ponownie spojrzał w niebo i kontynuował: - Nie wiem, czy przez moje poranne wypady do kawiarni, czy przez coś innego, ale między nami zaczęło się coś psuć. Nie było już tak samo, jak te parę miesięcy wcześniej, kiedy jej się oświadczyłem. Może po prostu nie byliśmy sobie przeznaczeni? – Ponownie zapadła cisza.
Nie potrafiła oderwać wzroku, ale miała wrażenie, że mu to nie przeszkadza. Kręciło jej się w głowie, od jego bliskości, szybkiego bicia serca i natłoku uczuć. Siłą powstrzymywała się, żeby nie przysunąć się bliżej i nie objąć go mocno, przekazując całe swoje uczucie i wsparcie. Z jednej strony zastanawiała się, dlaczego tamta dziewczyna chciała zerwać zaręczyny, ale z drugiej chyba nie chciała tego wiedzieć. Złożyła dłonie na kolanach i zaczęła się w nie wpatrywać, nienawidząc siebie za tą małą uciechę w głębi duszy, że nie ma już nikogo i że może, jakimś cudem, jest dla niej szansa.
- Gdybym mogła jakoś pomóc… - zaczęła niepewnie. – Mogę zrobić cokolwiek. – Dla ciebie wszystko, dokończyła w myślach. Powoli zaczynało ją to przerażać, z każdą minutą rozmowy pogrążała się coraz bardziej, nie była w stanie uspokoić myśli nawet na moment. Jeśli przed rozmową z nim myślała, że była zakochana, to teraz wpadła po uszy.
- Jakoś dam radę – uśmiechnął się lekko, po czym sięgnął do kieszeni, wyjmując paczkę papierosów i zapalniczkę. – Mogę?
- Tak, jasne – odpowiedziała machinalnie, chociaż miała ochotę wyrwać mu pudełko z dłoni i wyrzucić je do kosza. Ludzi, których nie znała po prostu ignorowała, ale on…wiedziała, jakie są konsekwencje palenia i mimo, że mogło się to wydawać dziecinne, nie chciała mu na to pozwolić. Ale co miała zrobić? Dla niego była jedynie przypadkowo spotkaną dziewczyną na ulicy, czy w kawiarni, nie tak jak on dla niej, wszystkim.
Wbiła wzrok w chodnik i pogrążyła się we własnych myślach, wzdychając ciężko. Usłyszała cichy odgłos zapalanej zapalniczki, a po chwili w powietrzu zaczął unosić się zapach dymu. Mimowolnie spojrzała na niego. Znowu wpatrywał się w niebo, a dym papierosa zmieszał się z jego parującym oddechem.
- Świat idzie dalej, co? – Zaciągnął się po raz kolejny i powoli wypuścił dym. – Mój mały świat się wali, ale nikt inny tego nie zauważa. – Jakby dopiero teraz zorientował, że się w niego wpatrywała, uśmiechnął się lekko. – Zagadałem się, przepraszam.
- Nie ma za co – odszepnęła odwracając wzrok. Nie wiedziała, co powiedzieć, jak zareagować, więc po prostu się nie odzywała. Obawiała się, że jeśli zacznie mówić, będzie paplać bez sensu i zamiast mu pomóc, tylko pogorszy sprawę. Cisza zaczynała jej przeszkadzać, więc podniosła się z ławki, ale nie odeszła. Jakby była w stanie.
- Jak chcesz, możesz iść. Musiałem nieźle cię zanudzić – zaśmiał się cicho. Ten smutny, pozbawiony wesołości śmiech łamał jej serce. W oczach pojawiły się łzy, ale szybko wciągnęła głęboko powietrze, próbując je powstrzymać. – Przepraszam, że tak cię wykorzystuję, ale nie miałabyś czasu się przejść? – Stanął na nogi, wyrzucając niedopałek do najbliższego kubła.
- Właściwie nie mam nic do roboty – westchnęła, siląc się na uśmiech. Nie chciała pokazywać jakiegokolwiek smutku, chciała go wesprzeć w jakikolwiek sposób. Chociaż tyle mogła. Wolnym krokiem zaczęli iść w stronę odwrotną do kawiarni, skąd przyszli. Ona bała się przerwać ciszę, on był pogrążony we własnych myślach. Zaczęła się zastanawiać, czy zauważyłby gdyby zniknęła, zatrzymała się lub ruszyła w przeciwną stronę, ale chwilę później zapomniawszy o tym przyspieszyła kroku i przyklęknęła na środku ścieżki, podnosząc coś z ziemi.
- Co znalazłaś? – Zainteresował się i podszedł do niej, również przyklękając obok na jedno kolano. Dziewczyna uśmiechała się lekko, wpatrując się w niewielkie, szare piórko w swoich dłoniach. – Zbierasz piórka? – Kiedy odpowiedziała Tak jakby, uśmiechnął się i spytał: - Po co?
- Chcę zbudować skrzydła – zaczęła cicho – i odlecieć daleko stąd, gdzie odetnę się od całego bólu… - Westchnęła ciężko i jakby dopiero zorientowała się, co powiedziała, speszona spuściła wzrok i zarumieniła się lekko. – Przepraszam, gadam głu…
Nie mogła skończyć zdania przez złożony przez niego delikatny pocałunek na jej ustach. Była w takim szoku, kiedy odsunął się od niej i spojrzał jej w oczy, że nie dość, że nieskończenie wiele myśli przewijało jej się przez głowę, to w dodatku serce zaczęło jej uderzać jak oszalałe.
- Kiedy będziesz odlatywać – zaczął szeptem, wpatrując jej się prosto w oczy, wiedząc, że go słyszy – zabierz mnie ze sobą.
- Zawsze – wyrwało jej się. Ze strachem spojrzała na niego, wiedząc, że za chwilę wstanie i odejdzie, a ona zostanie sama, wróci do domu i znowu będzie wypłakiwać w poduszkę swoją głupotę, niedojrzałość i złudne nadzieje. Ale nic takiego się nie stało. Owszem, podniósł się, ale wyciągnął do niej rękę, aby pomóc wstać. Wyciągnęła swoją i poczuła niesamowite ciepło bijące od jego dłoni. Albo wydawało jej się? Czasem wątpiła, czy to, co czuje nie przesłania jej rzeczywistości. Ale nawet jeśli to jakieś chore wyobrażenie, sen, nie chciała się budzić.
Nie puszczał jej ręki, kiedy ponownie ruszyli drogą, nie puszczał jej, kiedy wyszli z parku na oświetloną ulicę. Idąc wzdłuż chodnika, kiedy odezwał się, po raz pierwszy poczuła w jego głosie niepewność:
- Nie wracam dzisiaj do mieszkania. Nie będę w stanie patrzeć na nią, jak się pakuje. Wolę wrócić do pustego domu. – Odgarnął włosy do tyłu i kontynuował: - Nie chcę, żebyś odebrała to, jako jakąkolwiek propozycję, ale muszę zorganizować pokój w hotelu na tę noc.
Dziewczyna przełknęła ślinę i postawiwszy na jedną kartę, ze ściśniętym sercem odpowiedziała:
- Jeśli tylko jakoś ci to pomoże, pójdę z tobą.
Powiedziała to. Te parę słów mogło zmienić jej życie w piekło, albo dać jej wspomnienie, dzięki któremu będzie w stanie pójść naprzód. Później by pewnie tego żałowała.
Mężczyzna wpatrywał się w nią przez chwilę, ale albo wyczytał z jej twarzy powody, dla których podjęła taką decyzję, albo jego rozpacz była tak wielka, że nie był w stanie myśleć logicznie. Prawdopodobnie każde po trochu. Niepewnym głosem powiedział:
- Tu, niedaleko jest hotel, często tamtędy przejeżdżam. – Jakby wahając się skierował swoje kroki we wskazanym kierunku. Nadal trzymał jej dłoń w ciepłym uścisku.
Kiedy wpatrywała się w jego twarz, cały czas nie mogła odeprzeć wrażenia, że coś go trapi. Ale jedyne, co potrafiła zrobić to właśnie to, na co się zdecydowała. Chociaż cały czas zastanawiała się, ile w tym jej własnej samolubności. Żeby przynajmniej ten jeden raz zająć jego myśli, nieważne, w jaki sposób, żeby oddać mu siebie. Nie dbała o konsekwencje. W czasie, kiedy on wynajmował pokój, mogła rozejrzeć się po pomieszczeniu. Wielki hol sprawiał wrażenie niedawno wybudowanego, lub odremontowanego, nowoczesne meble, wystrój. Domyślała się, że nocleg w takim miejscu kosztuje naprawdę dużo. Widząc, jak idzie w jej stronę, serce po raz kolejny w ciągu tego wieczora podskoczyło jej do gardła, by po chwili zacząć uderzać w przyspieszonym tempie.
Pokazał jej klucz, więc wstała i idąc za nim trafiła do pokoju na pierwszym piętrze. Kiedy otworzył drzwi, wpuszczając ją do środka, zabrakło jej tchu. Nie pochodziła z biednej rodziny, ale nigdy nie widziała takiego pokoju. Widać było ile właściciele wyłożyli na wystroje pomieszczeń. Położyła płaszcz na krześle, stojącym niedaleko wejścia i rozejrzała się dokładniej. Wielkie łóżko po drugiej stronie pokoju rozkojarzyło ją na tyle, że nie zauważyła, że jej towarzysz przeszedł obok niej i powiesił okrycia ich obojga w szafie.
- Możesz iść pod prysznic, ja będę spać na kanapie. – Odgarnął włosy za uszy, by po chwili znowu opadły mu na oczy. Nadal nie było w nich tego zadziornego błysku, który tak ją przyciągał. Tak bardzo chciała znów go zobaczyć. Ale wiedziała, że nie było jej to dane.
- Właściwie brałam prysznic w domu, zanim wyszłam. – Wzruszyła ramionami, starając się sprawiać wrażenie spokojnej. Nie wiedziała na ile jej się to udało, zwłaszcza, że nawet ona sama słyszała drżenie głosu, kiedy mówiła.
Spojrzał na nią przenikliwym wzrokiem, od którego aż przeszły ją ciarki, po czym podszedł bliżej i chwycił ją za rękę, patrząc jej w oczy. Nie potrafiła odwrócić głowy.
- Możesz wrócić, nie będę miał ci tego za złe. – Uśmiechnął się delikatnie, przez co i jego oczy złagodniały. – Zabawne, znamy się na dobrą sprawę może dwie godziny, a już zwracam uwagę na twoje dobro.
Kiedy dotarł do niej sens jego słów, po raz pierwszy od wielu dni na jej ustach pojawił się leciutki uśmiech, a po chwili odpowiedziała cicho, ale pewnie:
- Zostaję.
Później sama nie wiedziała, czy postąpiła dobrze, czy nie, ale chwilę po tych słowach, nie pamiętała już praktycznie nic, ponieważ mężczyzna pochylił się i pocałował ją. Czując na ustach jego ciepłe wargi, nie wiedząc, dlaczego w kącikach jej oczu pojawiły się łzy. Nie chcę się budzić, pomyślała, obejmując go w pasie i zaciskając dłonie na koszuli. Nie wierzyła, że to może być prawda. Myślał o niej, potrzebował jej. Nawet jeśli tylko na ten jeden moment, tę jedną chwilę, było to więcej niż mogła kiedykolwiek prosić. Serce przyspieszyło jeszcze bardziej, choć wydawało się to niemożliwe, zastanawiała się tylko, kiedy się zatrzyma.
Kiedy zaczął powoli podwijać sweterek, który miała na sobie, nie protestowała. Odsunęła twarz ułatwiając mu zdjęcie i sweterka, i bluzki, którą miała pod spodem, nie podnosząc jednak głowy. Jakaś jej część nie była w stanie spojrzeć mu w twarz. Jeśli nie uważał jej za łatwą, głupią, czy płytką, to albo był kretynem, albo był jeszcze wspanialszym człowiekiem niż myślała. Był moment, kiedy chciała powiedzieć, żeby przestał. Nie ze względu na nią, ale na niego. Zdawała sobie sprawę, że będzie miał przez to wszystko wyrzuty sumienia, co w pewien sposób uderzało również w nią, jednak kiedy ponownie złożył na jej wargach delikatny i czuły pocałunek, biorąc jej twarz w dłonie, nie umiała powiedzieć, aby przestał.
Potem wszystko potoczyło się szybko. Ubrania wylądowały na podłodze, on zaniósł ją na łóżko, ostatni raz patrząc jej w oczy, szukając jakiejkolwiek oznaki sprzeciwu. Nie potrafiła odczytać, czy miał nadzieję, że go powstrzyma, czy wręcz przeciwnie. Czy gdyby zrezygnował, cieszyłaby się? Chyba nie. Wiedziała, jak czułaby się, gdyby to zrobił. Jemu powiedziałaby, że ma rację, a w środku… W środku czułaby się nic niewarta, bo oto człowiek, którego kochała, dla którego była wstanie oddać wszystko, nie chciał jej.
Ale tak się nie stało. Widząc przyzwolenie, z niepewnym uśmiechem pochylił się i pocałował ją w skroń. Dopiero po chwili zorientowała się, że to kolejna łza spłynęła, a on ją wytarł. Chciała przegryźć wargę, jak miała z zwyczaju, ale nie pozwolił jej na to, całując ją z większą pasją niż wcześniej. Powoli oboje zatracali się w sobie nawzajem, nie pamiętając o przeszłości, nie myśląc o przyszłości. Liczyła się teraźniejszość.
Tylko dlaczego nie ustępowało to ukłucie w sercu?
Dochodziła druga nad ranem, ale nie mogła zamknąć oczu z dwóch powodów. Pierwszym był strach. Że to sen i że kiedy otworzy oczy, znajdzie się we własnym łóżku, a to wszystko okaże się złudzeniem, ale z drugiej strony może to i dobrze. Bo on nie musiałby cierpieć. Drugim powodem było to, że nie umiała zamknąć oczu. Leżąc na boku, wpatrywała się w jego śpiącą postać. Odwrócony był twarzą do niej, na opuszczone powieki opadło mu parę kosmyków, które po przegranej walce ze sobą, ostrożnie odgarnęła mu za ucho. W oczach znowu pojawiły jej się łzy. Pamiętała, co wyrwało jej się, kiedy nie panowała nad sobą, tuż po miłosnych uniesieniach. Nie powinna była tego mówić za żadne skarby. Kocham cię. Podciągnęła kolana pod brodę, starając się stłumić płacz, ale nie było to łatwe. Nie żałowała tego, co się stało, ale wiedziała, że on będzie mieć wyrzuty sumienia. Prawdopodobnie nie wiedział, dlaczego zgodziła się na to wszystko, a po jej słowach to się zmieniło. Powstrzymując łzy przysunęła się bliżej niego. Nie odważyła się przytulić, nie chcąc go obudzić, żeby nie musiał oglądać więcej jej łez. Cieszyła się jedynie ciepłem, jakie biło od jego ciała parę centymetrów dalej. I to jej wystarczało.
Przez zasłony na oknach do pokoju nie dochodziło światło porannego słońca. Zastanawiała się, czy były zasłonięte, kiedy tu przyszli? Chyba nie. W takim razie on je zasłonił. Delikatnie pomarańczowa poświata ogarnęła pokój, lekko zabarwiając białą pościel. Scena jak z obrazka. Powoli rozchyliła powieki. Spała plecami do drugiej połowy łóżka, więc jej wzrok padł na budzik na szafce obok. Cztery po siódmej. Powinna wracać. Ociężale podniosła się, przytrzymując kołdrę przy piersiach, po czym rozejrzała się po pokoju. Nie spodziewała się go zobaczyć. Mimo drobnego ziarenka nadziei gdzieś na dnie serca, rozsądek podpowiadał jej, że to niemożliwe.
W takim razie, dlaczego tak mocno zabolało ją, kiedy zobaczyła karteczkę na stoliku? Przesunęła się na łóżku, nie opuszczając kołdry, a raczej kurczowo się jej trzymając. Dotarłszy do drugiego krańca łóżka odgarnęła włosy za uszy i drżącą dłonią podniosła papier. Pochyłe i nieregularne pismo pokazywało, jak bardzo był zdenerwowany, pisząc to. Nagle ogarnęły ją wyrzuty sumienia. To jej wina. Miał sobie za złe to, co się stało. I pewnie nie pozbędzie się tego uczucia już nigdy. W jej oczach pojawiły się łzy, a po chwili zaczęły spływać po policzkach. Po raz drugi przeczytała treść notatki. Jedno słowo. Raniące serce bardziej, niż kiedykolwiek przedtem.
Przepraszam.
Z jej piersi wyrwał się szloch, już nie mogła się powstrzymać.
Komentarze (1)
Dodaj